Moje przemyślenia po koncercie na 9 rocznicę ślubu
Od kilku dni, po sesjach z psychologiem, przychodzą mi do głowy różne myśli. A wczoraj, na koncercie, kilka z nich tylko utwierdziło mnie w pewnych przekonaniach.
1. Małżeństwo, czy cokolwiek innego, jest trochę jak trening.
Na siłowni możesz ćwiczyć i może być przyjemnie. Możesz chodzić tam dla samej przyjemności i to też ma swój urok. Ale jeśli chcesz pójść dalej, wejść na inny level, naprawdę zobaczyć wyniki, to niestety nie zawsze jest już tak przyjemnie.
Budowanie czegokolwiek, pięknej sylwetki, mięśni, nie jest łatwe. To znaczy, możesz kochać sport, ale i tak są pot, wysiłek i „ból”. Nie taki, że naprawdę boli, ale taki, że czasami już nie dasz rady, a jednak robisz jeszcze jedno powtórzenie. Taki przyjemny ból, który oznacza, że pracujesz, że przekraczasz swoje granice.
I chyba tak samo jest w życiu, w małżeństwie czy w czymkolwiek, w czym naprawdę chcesz coś osiągnąć. Jeśli chcesz mieć konkretne wyniki, coś zbudować, dojść do czegoś więcej, to bez wysiłku, bez trudnych momentów i bez przekraczania własnych granic niewiele się zmieni.
2. W małżeństwie, tak samo jak w każdym innym celu, który realizujesz, łatwo stracić motywację.
Nie dlatego, że nie chcesz. Ale dlatego, że zawsze pojawiają się wyzwania. Zawsze będzie ciężko. Zawsze czasami będziesz miała pod górkę.
I jeśli nie masz jasno sformułowanego celu, przede wszystkim w swojej wyobraźni, jeśli nie widzisz tego, do czego dążysz, bardzo łatwo się poddać.
Tak jest ze wszystkim.
W naszym małżeństwie przez ostatnie trzy lata mieliśmy tyle wyzwań, że serio chciałam się poddać.
A wczoraj, siedząc na koncercie, uświadomiłam sobie, że ja wcale nie chcę się poddawać. Ja po prostu straciłam wizję nas. Nas na 50. rocznicy ślubu.
Dzisiaj wypisałam sobie tę wizję. Zrobiłam plan. Rozpisałam każdy rok, rok po roku.
I teraz, kiedy to widzę, nie chcę się poddawać. Chcę zrobić wszystko, co mogę, żeby za 41 lat stać w tej sukience obok mojego męża.

3. Największym życiowym celem jest poznanie samej siebie.
Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, jakie to ważne.
Wszystkie emocje, które odczuwasz wobec innych ludzi i świata — szczęście, złość, frustracja — tak naprawdę mówią też coś o tym, co czujesz względem samej siebie.
Dopóki nie zrozumiesz siebie, tego, kim jesteś, co sprawia Ci radość, czego chcesz od życia, co jest dla Ciebie ważne, nikt inny nie będzie w stanie dać Ci tego, czego sama dla siebie nie potrafisz odnaleźć.
Tylko Ty sama możesz to zrobić.
I chyba właśnie od tego wszystko się zaczyna.
4. We wszystkim, co robisz, pojawią się problemy. Zawsze.
Czy robisz rekompozycję sylwetki, czy jesteś w macierzyństwie, małżeństwie, czy po prostu żyjesz — problemy będą się pojawiać.
Sztuką nie jest to, żeby się na nie nie złościć. Sztuką jest nauczyć się czerpać z nich coś dobrego. Może nawet zacząć się z nich cieszyć, bo to właśnie dzięki nim rośniesz.
Ale żeby to było możliwe, potrzebujesz swojego systemu radzenia sobie z problemami. Jakiegoś protokołu, który w kryzysowych sytuacjach wyciągniesz z szuflady i po prostu będziesz się go trzymać.
Nie działać pod wpływem emocji. Nie podejmować decyzji w najgorszym momencie. Nie zapominać o tym, co jest dla Ciebie ważne.
Mi już po wczorajszym koncercie zaczyna się klarować mój własny protokół. Coś, do czego będę mogła wracać, kiedy znowu zrobi się ciężko.
5. Zawsze się spieszyłam.
Zawsze chciałam wszystko tu i teraz. Szybko, najlepiej od razu. Chciałam widzieć efekty, mieć odpowiedzi, wiedzieć, dokąd zmierzam.
A teraz zaczynam rozumieć, że czas jest naszym sprzymierzeńcem.
Nie muszę się spieszyć, jeśli patrzę na życie z perspektywy kolejnych 40 lat.
Jeszcze zdążę robić to, co kocham. Jeszcze zdążę wiele zbudować, wiele zobaczyć, wiele przeżyć. Jeszcze mogę się zmienić, czegoś nauczyć, spróbować od nowa.
Nigdy nie jest za późno.
A największym darem, jaki mogę sobie dać, jest cierpliwość. To, żeby z pokorą, bez ciągłego poganiania samej siebie, odnaleźć i zrozumieć siebie.
Bo może właśnie wtedy wszystko zacznie przychodzić w swoim czasie.
6. Tak często skupiamy się na pierdołach, a tak naprawdę życie jest cudowną przygodą.
Podróżą, która składa się z tych wszystkich małych momentów, które zostają z nami na zawsze.
Oglądałam nasze zdjęcia z rocznic i uświadomiłam sobie, że za kilkanaście lat nie będę pamiętać, że Zbynek mnie irytował za to czy za tamto. Nie będę pamiętać tych wszystkich błahostek, o które się spieraliśmy, tych drobnych rzeczy, które w danym momencie wydawały się takie ważne.
Ale będę pamiętać, jak szliśmy przez życie razem. Mimo wszystko. Mimo trudności, gorszych momentów i wszystkiego, co czasami stawało nam na drodze.
I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Nie o to, żeby było idealnie. Ale żeby mimo wszystko iść razem.
7. Rutyna. Rutyna. Rutyna.
To jest klucz do jakiegokolwiek sukcesu.
Czasami tak bardzo chcemy urozmaicać sobie życie, szukamy czegoś nowego, nowych bodźców, nowych sposobów, żeby było ciekawiej. A tak naprawdę kluczem jest znalezienie tego, co kochasz, i robienie tego konsekwentnie. Powtarzanie. Raz za razem. Nawet wtedy, kiedy nie ma wielkiej motywacji, kiedy nie jest ekscytująco i kiedy efekty nie przychodzą od razu.
Bo to właśnie w tej powtarzalności dzieje się najwięcej.
Tak dochodzi się do mistrzostwa. W sporcie, w relacjach, w pracy nad sobą i w życiu.
8. Tak często przejmujemy się tym, co pomyślą o nas inni, że zapominamy słuchać samej siebie.
Co roku ubieram tę sukienkę i co roku trochę się wstydzę. Wstydzę się tego, co ludzie sobie pomyślą. Bo przecież w sukni ślubnej chodzi się tylko raz w życiu. Na własnym ślubie. I za każdym razem, zanim wyjdę z domu, mam ochotę się przebrać.
Myślę, że to przychodzi jeszcze z dzieciństwa. Z tego ciągłego słuchania, że czegoś nie wypada, że tak się nie robi, że co ludzie powiedzą.
Ale co, jeśli to jest po prostu coś, co płynie z serca? Z Twojej potrzeby? Coś, co sprawia Ci radość i co ma dla Ciebie znaczenie?
Za każdym razem, kiedy jednak wyjdę z domu, odważę się przejść w tej sukience przez miasto, usiąść w restauracji, pojechać metrem, a ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem, czuję, że robię coś dla siebie.
I za każdym razem, kiedy wracam do domu, patrzę na te zdjęcia i przypominam sobie, jak się czuję w tej sukience, wraca do mnie to poczucie bezgranicznej miłości do męża, które czułam w dniu naszego ślubu.
I wtedy znowu powtarzam sobie: warto. Bądź dumna z siebie, że w końcu posłuchałaś swojego głosu serca, zamiast tego, co podpowiada Ci strach przed opinią innych.
I czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym potrafiła robić to w każdej jego dziedzinie. Gdybym częściej słuchała siebie, swoich potrzeb, swoich marzeń, zamiast zastanawiać się, czy komuś się to spodoba, czy wypada, czy ktoś mnie oceni.
Bo może wtedy moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.
Jeszcze nie jestem w tym miejscu. Ale wierzę, że dojdę. ❤️
